Rod Stewart, Placido Domingo, Michał Szpak, czy Edyta Górniak raczej nie są artystami, którzy pierwsi przychodzą do głowy świeżo upieczonemu altowioliście jako jego przyszli pracodawcy.

Z kolei występowanie na festiwalach typu Eurowizja czy Opole lub bycie częścią zespołu muzycznego w programach telewizyjnych jak „Voice of Poland” czy „Jaka to Melodia” też wydaje się nie być standardowym scenariuszem dla kogoś, kto właśnie skończył studia na altówce i rozgląda się za pracą.

Granie na etacie w orkiestrze czy w małym składzie kameralnym wciąż przez wielu muzyków tzw „klasycznych” jest standardowym scenariuszem, jaki widzą dla siebie po zakończeniu edukacji.

Moja dzisiejsza rozmówczyni jako altowiolistka przełamuje ten stereotyp, pokazując, że ważniejsze jest własne zdanie i determinacja niż opinia otoczenia.
I nawet poważne złamanie ręki, które dla wielu muzyków oznaczałoby przynajmniej długą przerwę w graniu, a czasem koniec kariery, nie zatrzymało w niej pasji do grania i występowania na scenie.

Oprócz grania na altówce, co jest jej głównym zajęciem, również śpiewa, tańczy, burzy ściany, jeśli zajdzie taka potrzeba i potrafi zrobić szpagat – co z powodzeniem wykorzystuje podczas występów z Filharmonią Dowcipu.

O altówce i pomyśle na siebie opowie dziś pełna uśmiechu ALTOholiczka – Oliwia Kędziora.

W tym odcinku podcastu Muzykalności znajdziesz m.in. odpowiedzi na pytania:

  • Co odróżnia altówkę od skrzypiec?
  • Jak powstały stereotypy dotyczące altówki i altowiolistów?
  • Gdzie można znaleźć pracę grając na altówce?
  • Czy słabi skrzypkowie decydują się grać na altówce?
  • Czemu altówki są budowane wbrew wyliczeniom matematycznym?
  • Czemu grając na altówce przyda Ci się kilka lekcji śpiewu?
  • Jaka była droga Oliwii do stania się altowiolistką?

Zapraszam Cię do wysłuchania mojej rozmowy z Oliwią Kędziorą.

Oliwia Kędziora – multiinstrumentalistka, wokalistka, aranżerka, menadżerka. Urodzona w 1992 roku w Bytomiu. Absolwentka Akademii Muzycznej im. I. J. Paderewskiego w Poznaniu. Gra na altówce, skrzypcach, mandolinie i fortepianie. Laureatka wielu prestiżowych konkursów międzynarodowych i ogólnopolskich. Zdobywczyni m.in. I miejsca na Międzynarodowym Konkursie Muzycznym w Sztokholmie, III miejsca na Międzynarodowym Konkursie Muzycznym w Treviso, Nagrody Specjalnej na IX Międzynarodowym Konkursie Altówkowym im. J. Rakowskiego w Poznaniu, Nagrody Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego za wybitne osiągnięcia. Wielokrotna Stypendystka Ministra Kultury, Premiera, itd.
Od roku 2015 wspólnie z zespołem Classic Sisters, zrealizowała mnóstwo projektów telewizyjnych, koncertowych i eventowych. Jednymi z ważniejszych były: Eurowizja 2016 z Michałem Szpakiem, Krajowy Festiwal Piosenki Polskiej 2015, 2016, 2017, 2018 i programy telewizyjne („Jest okazja”, „Sonda 2”, „Jaka to Melodia”, „Voice of Poland”).
Od roku 2016 jest częścią zespołu Filharmonii Dowcipu.
Od roku 2018 można zobaczyć jej kreację aktorską w musicalu „Once” w Teatrze Muzycznym ROMA. Oliwia nagrywała muzykę do filmów oraz ubarwiała wiele projektów artystycznych w Polsce i za granicą. Współpracowała z wieloma czołowymi artystami polskiej i międzynarodowej sceny, takimi jak m in. Rod Stewart, Placido Domingo, Andrea Bocelli, Michał Szpak, Edyta Górniak, Zbigniew Wodecki, Maryla Rodowicz, Varius Manx.

Przydatne linki

Transkrypcja

Przy mikrofonie Tomasz Glinka, a Ty słuchasz właśnie podcastu Muzykalności, w którym opowiadam o tym, jak możesz zamienić pasję do muzyki w sposób na życie lub realizować własną muzyczną wrażliwość jako ciekawe hobby.
Odcinek, którego właśnie słuchasz jest kolejnym z serii pt. Na czym grasz? – w skrócie NCG.

Jest to seria rozmów ze świetnymi muzykami, wraz z którymi przybliżam Tobie i sobie również 😀 realia bycia muzykiem, na konkretnym instrumencie.

Każda społeczność ma swojego chłopca do bicia. W środowisku muzyków, przy okazji luźnych pogawędek nie raz usłyszysz bardziej lub mniej wybredne dowcipy, w których pierwsze skrzypce gra… altówka.

I choć na pierwszy rzut oka altówka nie różni się wiele od skrzypiec, to na pierwszy rzut UCHA zwraca uwagę bardziej soczystym i nasyconym niskimi alikwotami brzmieniem.
A okazuje się, że różnic jest więcej.

Zapraszam Cię do wysłuchania naszej rozmowy z Oliwią, a ja wrócę do Ciebie jeszcze na chwilę na koniec solo, żeby ogłosić wynik konkursu, który wspólnie z Miłoszem Brzezińskim zapowiedzieliśmy w 20. odcinku podcastu Muzykalności.
Jeśli jeszcze nie słuchałeś lub oglądałeś tego odcinka, to nadrób to czym prędzej pod adresem muzykalnosci.pl/20 – Twoja motywacja artystyczna na pewno na tym skorzysta. 😉 

A teraz już czas na rozmowę z Oliwią!

 

Uszanowanie Oliwio.

Uszanowanie.

Przed naszą rozmową zapytałem kilkoro moich znajomych altowiolistów o ich przemyśleniach na temat tego instrumentu. Pozwolę sobie na początek zacytować Justynę – altowiolistkę z Warszawy – która, dodam, jest blondynką [śmiech]. Cytuję: zwykle spotykając się ze znajomymi albo słucham kawałów o blondynkach, albo o altowiolistach, więc jakby nie patrzeć, muszę ciągle słuchać o sobie. Jak ty reagujesz na dowcipy o altowiolistach?

Powiem ci szczerze, że pierwszym takim etapem zderzenia z tymi żartami była moja chęć zmiany instrumentu, ponieważ zaczynałam na skrzypcach. Generalnie najbardziej przestraszony był mój tata, który jest również muzykiem – saksofonistą i zna doskonale te wszystkie kawały, więc bardzo chciał mi to odradzić, mówił, że na altówkę zawsze jest czas, a może jak najdłużej zostanę przy skrzypcach, ale generalnie mnie te kawały zupełnie nie przeszkadzają, mało tego sama się z nich śmieje i staram się zapamiętywać jak najwięcej, bo myślę, że ze śmiechem przez życie idzie się łatwiej.

Na domiar wszystkiego, ty jesteś jeszcze wokalistką, nie dość, że są dowcipy o blondynkach, o altowiolistach, to jeszcze o wokalistkach.

O wokalistkach też znam dużo i uważam, że są w stu procentach prawdziwe, czego nie powiedziałabym o altowiolistach [śmiech].

Ja tak pomyślałem, że solidaryzując się właśnie z tobą jako altowiolistką, ja jestem kontrabasistą, więc opowiem takiego sucharka o kontrabasie i altówce. Wiesz, czym różni się kontrabas od altówki?

No podejrzewam [śmiech].

Może uchylę rąbka tajemnicy: kontrabas od altówki różni się tym, że trudniej jest go porąbać i dłużej się pali w kominku.

[Śmiech] Pierwszej części nie znałam.

W dzisiejszej rozmowie chciałbym, żebyśmy wspólnie opowiedzieli trochę o instrumencie, jakim jest altówka, żebyśmy się trochę zmierzyli ze stereotypami, które altówki i altowiolistów dotyczą. Chciałbym, żebyśmy też pokazali trochę, opierając się na twoim doświadczeniu, jak możemy pokierować naszą karierą muzyka-altowiolisty, żeby to niekoniecznie zawsze wyglądało jak taka standardowa sytuacja: szkoła muzyczna, studia. Ty jesteś tego najlepszym przykładem. Zanim do tego przejdziemy, to na początek opowiedz trochę o sobie. Skąd jesteś? Jakie jest twoje doświadczenie? I jak to się stało, że grasz na altówce?

Pochodzę z Bytomia i tam zaczęłam swoją edukację muzyczną w wieku 7 lat z profesorem Michałem Siwym. Uczyłam się gry na skrzypcach. Generalnie cała moja przygoda z muzyką zaczęła się od tego, że pochodzę z domu muzycznego – mama jest wokalistką jazzową, tata saksofonistą jazzowym. Co poszło nie tak? Zaraz się dowiemy. Generalnie zaczęłam od skrzypiec, dlatego że kiedyś oglądałam relację konkursu skrzypcowego w telewizji. No i tak siedzę, miałam może wtedy z 5 lat: skrzypce, skrzypce, muszą być skrzypce – rodzice załamani. Tata mówi: Boże, przecież tak kochasz zwierzątka, może chociaż weterynaria, cokolwiek – ale nie było innej możliwości. Do tego stopnia, że jak zobaczyłam plastikowe skrzypce w kiosku, a to było tuż przed rozpoczęciem szkoły, koniecznie chciałam je mieć. Później było trochę trudniej. Takim motorem właściwie został tata i ponieważ bardzo lubiłam jeździć na rowerze, nie było rowerka dopóki przynajmniej godzina nie była przegrana na skrzypcach. On oczywiście wkładał stopery, żeby nie było wątpliwości [śmiech].

To taka rada dla rodziców.

Tak, zdecydowanie polecam. Jak już godzinka była odprawiona, mogłam spokojnie iść na rower i tak później zaczęło mi czegoś brakować. Gra na skrzypcach była fajna, ale ja mam troszkę problem z wysokimi tonami. Bardzo szanuję wszystkich skrzypków oczywiście, ale przy okazji podobnej techniki wykonawczej usłyszałam moją znajomą starszą koleżankę altowiolistkę, gdy ćwiczyła na korytarzu w szkole muzycznej w Bytomiu. Pamiętam, że zrobiło to na mnie ogromne wrażenie. Byłam w szóstej klasie szkoły podstawowej, wróciłam do domu i powiedziałam, że koniecznie chcę zmienić skrzypce na altówkę. Spotkało się to naprawdę z dużym niezadowoleniem, że dlaczego, przecież możesz iść na studia. Mój profesor podkreślał, bo jest taki stereotyp, że najlepiej wyrobić sobie technikę lewej ręki na skrzypcach, biegłość z palców, ponieważ tam się gra szybciej, wyżej, a na altówkę można zmienić zawsze, bo im dłużej gra się na skrzypcach, tym się jest lepszym altowiolistą. Ja w stu procentach temu zaprzeczam.

Zaczynamy już obalać te stereotypy, ale będziemy do tego wracać.

Tak, na razie wstępnie. Wszystko zależy od naszej indywidualnej pracy, od tego jak się do tego przyłożymy. Na altówce nie ma rzeczy niemożliwych, nie jest to odległy instrument, absolutnie, nie wspominając o tym, że na Zachodzie moda jest taka, żeby te altówki robić jak najmniejsze. Oczywiście z wyliczeń matematycznych wynika, że pudło powinno mieć 50 cm, żeby miało pełne brzmienie i tutaj rzeczywiście musimy się zdecydować na ułożenie duszy, czy bardziej pójdziemy na nacisk na dolne struny CG czy DA. Jeżeli ktoś zamawia instrument u lutnika, to jest wykonywany według jego preferencji. Te mniejsze instrumenty, jeżeli są dobrze wykonane, nie są gorsze od tych większych – to jest kolejny stereotyp wśród altowiolistów. Natomiast rzeczywiście, wracając do meritum, altówka była takim moim marzeniem, czekałam, udało się finalnie doprowadzić do tej zmiany dopiero w klasie 2 gimnazjum, czyli 2 lata po tej pierwszej fascynacji tyle trwały negocjacje różnorakie.

W tym czasie cały czas grałaś na skrzypcach.

Tak, chciałam udowodnić wszystkim, że to nie wynika z tego, że słabi skrzypkowie idą na altówkę. Miałam takie małe załamanie w piątej klasie szkoły podstawowej, ponieważ złamałam lewą rękę, więc to był duży problem i mało tego, przeżyłam duży kryzys, ponieważ moi nauczyciele stwierdzili, że to była wymówka i postawili mi tróję, gdy ja byłam absolutnym kujonem – przyznaję się bez bicia – i ta ocena zniszczyła moją motywację w stu procentach, trudno mi się było z tego podnieść. Stwierdziłam, że może to jest ten moment, kiedy powinnam pomyśleć o innej drodze życia. Natomiast ta motywacja, to usłyszenie brzmienia altówki żarówki, zadziałała tak, że powiedziałam sobie, że doprowadzę się do takiej formy, żeby dostać jak najwyższą punktację i z uśmiechem na twarzy przejdę na altówkę i to się udało.

Super – gratuluję.

Dziękuję bardzo.

Mówimy o szkole muzycznej, a potem były studia, tak?

Tak. Studia były trochę śmieszną historią, ponieważ tuż przed studiami przeprowadziłam się do Warszawy, tam były małe perypetie, których może nie będę do końca opisywać, natomiast zależało mi bardzo na profesorze Piotrze Reichercie, o którym wtedy słyszałam na kursach muzycznych. Rzeczywiście zaczęłam do niego od 2008 roku jeździć regularnie i w końcu zadzwoniłam do niego, czy byłoby dla mnie miejsce w Warszawie. On mówi: słuchaj, proszę, od półrocza wpadaj. Więc tak naprawdę na zmianę miejsca zamieszkania miałam weekend, bo ferie wypadają inaczej na Śląsku, a inaczej w Warszawie. Przeniosłam się i zaczęłam tutaj z nim współpracę, a później moja noga wylądowała w Poznaniu już na studiach. Tam byłam u profesora Piotra Reicherta, ale również pani profesor Ewy Guzowskiej. Pokierowali mnie, pomimo że, muszę o tym wspomnieć, są to zupełnie dwa różne światy. Profesor Reichert ma bardziej technicznie podejście, jest po prostu to inna szkoła. Pani profesor Ewa Guzowska również zwraca uwagę na kwestie technicznie, ale głównie chce wyciągnąć najbardziej emocjonalną sferę z muzyki, z grania i faktycznie traktuje altówkę jako taki dar głębokiego przekazu – jest to niesamowite. To połączenie było czasami bardzo trudne, ponieważ wychodziłam z jednej lekcji, pracowałam przez tydzień nad danym zagadnieniem, przychodziłam na kolejną i okazywało się: Boże, co się stało z twoim graniem! No i duża mądrość polegała na połączeniu tych dwóch szkół, ale myślę, że to mi dało bardzo dużo, bo wbrew pozorom po studiach najbardziej liczy się umiejętność samodzielnej pracy nad utworem, a nie to, czy będę przygotowany tak, jak profesor sobie zażyczył.

Po studiach najbardziej liczy się umiejętność samodzielnej pracy nad utworem, a nie to, czy będę przygotowany tak, jak profesor sobie zażyczył.

No tak, bo potem musisz sama decydować o tym, jaki repertuar wybierasz i z kim grasz. A skoro mówimy o tym, z kim grasz, zaraz do tego przejdziemy. A teraz jeszcze opowiedz o tym, co robisz pozamuzycznie, bo to że grasz, to oczywiście jest tematem tego odcinka. Powiedz, co robisz, jak już nie grasz, nie koncertujesz? Co się u ciebie dzieje, jak odpoczywasz?

Mam taki mały problem z odpoczynkiem [śmiech] i z tym, co robię, jak to moja rodzina i przyjaciele uważają, łapię za dużo srok za ogon. Może czasem się z tym zgodzę, aczkolwiek ja po prostu bardzo lubię życie, jestem go ciekawa, lubię różne pasje, lubię wiedzieć różne rzeczy, lubię umieć robić różne rzeczy i to jest dla mnie taki trochę wyznacznik. Naprawdę, jak sięgam pamięcią, to oprócz altówki był sport. Najpierw trenowałam pływanie, później siatkówkę, co było srogo zabronione, gdyż palce są jednak ważnym elementem przy okazji grania.

Niektórzy w ogóle nie podejmują takich aktywności.

Tak. W szkole ogólnokształcącej muzycznej mieliśmy miękkie, kolorowe piłki z gumy – tragedia! Jak pierwszy raz poszłam do sklepu sportowego i zobaczyłam piłkę Mikasy, to moja radość była nie do opisania, że można taką piłką odbijać. Tak w dużym skrócie, później był też kurs na pilota wycieczek, podyplomowe studia na managera kultury, taniec.

Co wykorzystujesz teraz. Zaraz o tym powiemy.

Tak. Przez cztery lata byłam w ognisku baletowym, ponieważ w Bytomiu szkoły sąsiadowały ze sobą i to pomaga mi utrzymywać możliwość zrobienia szpagatu do dzisiaj.

Wrzucę na Muzykalności zdjęcie z tym szpagatem, bo to jest coś niebywałego.

Szpagat z altówką to jedna z umiejętności, które wykorzystuję. Kiedyś zadzwonił do mnie znajomy skrzypek z Bielka i mówi: słuchaj, szukam altówki do takiej orkiestry w Bielsku. Ja mówię: Krzysiu, wszystko fajnie, ale ja jestem w Warszawie. – No wiem, ale niestety jedna umiejętność spowodowała, że mogliśmy zadzwonić tylko do ciebie. Więc słuchajcie altowioliści, szpagat jest to dobra umiejętność do wykorzystania [śmiech].

Mamy sport, mamy taniec.

Mamy olimpiady z matematyki – tutaj duża zasługa mojego wujka, który jest matematykiem i zaraził mnie tym bakcylem do tego stopnia, że zdawałam rozszerzenie i ja naprawdę do końca nie wiedziałam, na które studia pójdę, czy pójdę na dwa czy trzy kierunki. W zeszłym roku jeszcze zaczęłam psychologię, bo to też jest moje duże zainteresowanie, aczkolwiek niestety tutaj muszę powiedzieć, że jest to zaborcza dziedzina w tym sensie, że naprawdę trzeba się temu poświęcić i dobrze, bo niewykształcony psycholog, który udziela rad i miesza w głowie, może być bardzo niebezpieczny. ale na razie wzięłam urlop dziekański. Zobaczymy, co będzie dalej, bo jest mi naprawdę ciężko pogodzić to czasowo.

No dobrze, to porozmawiajmy o tym, co się teraz dzieje u ciebie muzycznie. Gdzie i z kim grasz?

Wymienię trzy takie miejsca. Po pierwsze Teatr Muzyczny Roma, tam mam rolę w musicalu „Once”, na który serdecznie zapraszam – może nie będę zdradzać, ale jeszcze trochę to pogramy, bo pierwsza wersja była taka, że w kwietniu kończymy, ale okazało się, ku uciesze wszystkich, że jeszcze trochę to potrwa. Drugie miejsce to Filharmonia Dowcipu i tutaj może na razie nie będę zdradzać, ale z panem Waldemarem Malickim będę związana częściej, jeśli chodzi o występy.

Zanim pójdziemy dalej – w Filharmonii Dowcipu, oprócz tego, że grasz, to także śpiewasz, tak?

Śpiewam.

Myślę, że warto o tym powiedzieć.

Już tych kawałów będzie naprawdę za dużo [śmiech]. Tak, przyznaję się bez bicia, śpiewam. Zresztą w „Once” też śpiewam. No i niestety muszę też zaznaczyć, że tam gram na skrzypcach, nie było miejsca na altówkę.

To się wytnie.

Dziękuję [śmiech]. A jeśli chodzi o trzecią sytuację, o której naprawdę chciałabym wspomnieć, gdyż jestem z niej bardzo dumna i jest też dla mnie najświeższa. Jest to duet z Robertem Rozmusem – zapraszam serdecznie, bo jest to bardzo świeża sprawa. 12 lutego odbyła się premiera w Teatrze Miejskim w Lesznie. Na razie mamy siedzibę w Lesznie, natomiast na pewno będziemy z tym projektem jeździć po Polsce. Projekt nazywa się „Chwytaj dzień” i wykonujemy piosenki Zbigniewa Wodeckiego, który jest moim absolutnym idolem – może o tym zaraz. Natomiast wykonujemy je i wokalnie w duetach, tam również śpiewam, ale gram na altówce, jest bardzo miło i sympatycznie. Jestem wielką fanką Roberta Rozmusa, naprawdę robi coś niebywałego z publicznością, bo są chwile śmiechu, żartów, anegdot, ale również takiego zastanowienia się, wspomnienia, lekkiej prywatny, wszystko jest ze smakiem – naprawdę polecam, opinie są bardzo pozytywne. Nie żebyśmy byli w jakimś super szoku, bo ciężko na to pracowaliśmy, ale jest to bardzo miłe, że ten odbiór jest właściwy, że oni naprawdę są poruszeni, wzruszeni, doceniają ten ambitus emocjonalny.

Wspomniałaś jeszcze Zbigniewa Wodeckiego, z kim jeszcze miałaś okazję współpracować?

Z takich nazwisk, z którymi nigdy bym się nie spodziewała współpracować, to Rod Stewart, Placido Domingo, Andrea Bocelli, ale również z takich polskich, które gdzieś tam od dziecka towarzyszyły nam w kuluarach, to Edyta Górniak, właśnie Zbigniew Wodecki, Michał Szpak, ale to była dłuższa współpraca, Varius Manx. Gdzieś mam spis na stronie, bo trochę tego było.

Po więcej zapraszamy na stronę muzykalnosci.pl/22 lub do strony Oliwii, o której powiemy na koniec.

Dobrze.

Wiem, że altowioliści nierzadko pytani na czym grają, muszą się zmagać z takim problemem, że mówisz komuś, że grasz na altówce, a on patrzy na ciebie i zastanawia się, co to jest. Jak byś wytłumaczyła laikowi, na czym grasz, co to jest altówka i jak tę altówkę najłatwiej odróżnić od skrzypiec? Mam na myśli takiego laika, któy nie jest jest muzykiem, widzi cię, grającą, podchodzi i mówi: cześć, fajnie grasz, co to za instrument?

Przeważnie spotykam się z tym: fajne masz skrzypce [śmiech]. Generalnie nie jest to łatwe do wytłumaczenia. Był taki moment świetności, może dalej jest, kwartetu Grupa MoCarta. Ludzie kochają kabarety i zawsze staram się powiedzieć, że jeżeli kojarzysz grupę MoCarta, to tam od lewej patrząc od strony widza są skrzypce, skrzypce, altówka i wiolonczela.
– No ale to wygląda jak skrzypce.
– Tak, ale gdyby się przysłuchać, to ma niższe brzmienie. Nie będę tutaj mówić: o kwintę niżej ma dodatkową strunę, jednej jej brakuje. Faktycznie ma niższe, głębsze brzmienie, przeważnie jest takim dopełnieniem harmonicznym. Jest przede wszystkim większa od skrzypiec.

Wchodzimy już w szczegóły, o których jeszcze porozmawiamy. Jeśli mówisz komuś, kto nie jest muzykiem, co to jest altówka i jak mu powiesz niższe brzmienie, wypełnienie harmoniczne – to zapomnij.

Przerośnięte skrzypce i niedorozwinięta wiolonczela.

Okej, to teraz pójdźmy w szczegóły, porozmawiajmy właśnie o tych podobieństwach i różnicach pomiędzy altówką a skrzypcami. Zrobiłem sobie taką małą listę, a ty już zaczęłaś wymieniać. Zacznijmy od podobieństw. Technika gry?

Ja uważam, że jest bardzo podobna i szczerze powiem, że ja w Poznaniu, wbrew tej walce pomiędzy altowiolistami ze skrzypkami, uwielbiałam chodzić na lekcje do skrzypków, bo to jest bardzo kształcące i to się często pokrywa. W Wiedniu – to jest ciekawostka – skrzypkowie mają obowiązkowy rok bądź dwa pracy z altówką, żeby polepszyć, mówię to zupełnie serio, swoją technikę gry na skrzypcach, żeby wzmocnić palce, żeby ta wibracja była pełniejsza, bo skrzypkowie mają taki rodzaj szybkiej wibracji, głównie z ręki, z kiści, z dłoni. My mamy dwa rodzaje wibracji, również taką bardziej wiolonczelową, czyli wychodzącą z przedramienia. Mało tego, jest kwestia grania pełnym włosiem, może to jest ta znaczna różnica, że na altówce struna C, czyli ta najniższa, której nie mają skrzypkowie, wymaga przyłożenia, wymaga takiego odbicia pięknego, żeby ten dźwięk był od razu, by nie zaczął się słynnym szumem, który się wycisza.

Który także jest elementem żartów.

Dlaczego na nagraniach nie słychać altówek? Bo szumy się wycisza. Tutaj następuje to przyłożenie i my musimy grać pełnym włosiem, czyli tym pełnym smyczkiem. Skrzypkowie często używają jednej dziesiątej, żeby zrobić jakiś efekt dźwiękowy, u nas przeważnie to się nie sprawdza, bo po prostu dźwięk się rzeczywiście nie odzywa i powstają szumy.

Czyli mamy technikę gry. Kształty i budowa są zbliżone?

Tak, są zbliżone. Tutaj pudło jest większe.

Instrument akustyczny i wrażliwy na zmiany pogody?

Oczywiście.

To jest też podobieństwo?

Tak, również możliwość rozklejenia się instrumentu.

Zdarzyło się?

Nie zdarzyło się na szczęście, bo chyba pękłoby mi serce, gdyż moja altówka to miłość od pierwszego wejrzenia.

Piotr Pieleszek, którego też znasz, a który był gościem mojego podcastu w odcinku dotyczącym lutnictwa, mówi o tym, że to jest standard. Ja nie wiedziałem, że lutnicy tak kleją instrumenty, żeby one się rozklejały, ale tak rzeczywiście jest, więc chyba trzeba to po prostu wziąć z dobrodziejstwem inwentarza.

Jest zawsze to ryzyko, ale jak się prawidłowo dba o instrument, od razu się go chowa. Na przykład w przypadku koncertów w kościele warto otworzyć futerał godzinę przed próbą, żeby instrument, zanim zacznie ciężko pracować, będzie udziałem ciężkiej pracy, przyzwyczaił się do temperatury, żeby trochę popracowało to drewno, żeby poleżało w tej właściwej temperaturze. Na pewno nie polecam wystawiać na słońce, ale czasami takie koncerty też się zdarzają – można pomyśleć wtedy o drugim instrumencie, bo rzeczywiście szkoda tego właściwego, a tak naprawdę przy okazji nagłośnienia dźwięku ten instrument pracuje troszeczkę inaczej, więc można uzyskać podobną barwę, nie potrzeba wtedy eksploatować swojego instrumentu.

Wielu muzyków tak robi właśnie, że ma instrument zapasowy na potrzeby jakichś na przykład plenerów, gdzie wiadomo, że może być sporo słońca albo spodziewają się wahań temperatury.

Tak, to jest największe zagrożenie.

Z takich podobieństw jeszcze do skrzypiec – kompaktowość? Możesz wziąć na plecy i pójść, chociaż jest troszeczkę większa.

Tak. Opowiem taką śmieszną anegdotę. Ze swoją koleżanką skrzypaczką Julią Wrońską mamy tę samą firmę futerałów, a że ja jeszcze lubię sobie robić małe robótki w domu, na przykład burzyłam ścianę [śmiech]…

Kolejna umiejętność.

To już nie mnie oceniać, czy to raczej nie jest umiejętność demolki. Generalnie mamy takie same futerały i pamiętam, że była taka sytuacja, że grając razem w Filharmonii Dowcipu, wysiadałyśmy z busa, no i wyciągam z busa instrument, zarzucam na plecy i mówię: ale po tym burzeniu ściany moja forma wzrosła! A Julka tak tylko stoi i mówi: yhm, tylko że to są moje skrzypce [śmiech]. Więc jednak altówka jest dużo cięższa.

Jeszcze z takich podobieństw, o których ja pomyślałem, to to że jesteś niezależna od realizatora dźwięku. Mam na myśli to, że jest to instrument akustyczny, tak jak skrzypce, czyli wchodzisz po prostu, wyciągasz go z futerału i grasz. Nie musisz go nagłaśniać.

Tak, to prawda. Chociaż faktycznie w przypadku koncertów, które wymagają nagłośnienia, jest bardzo duża zależność od realizatora dźwięku. Pozdrawiam wszystkich realizatorów [śmiech].

Jeszcze takie podobieństwo, które przychodzi mi do głowy, to jest w stosunku do innych instrumentów, na przykład fortepianu, długi czas konieczny do osiągnięcia poziomu koncertowego. Z całym szacunkiem do pianistów, ale łatwiej jest usiąść przy fortepianie, nacisnąć klawisz i już ten dźwięk się odzywa, a na skrzypcach, altówce, czy innych instrumentach smyczkowych nie jest tak łatwo.

Tutaj jest bardzo duża uważność, abstrahując od techniki lewej i prawej ręki, które tak naprawdę muszą działać jakby autonomicznie. Tego się też trzeba nauczyć i rozgałęzić tę umiejętność w swoim mózgu. Jest jeszcze taka uważność, jeśli chodzi o intonację. Co to jest intonacja? Nic innego jak czyste granie, tak się potocznie mówi wśród muzyków. Natomiast chodzi o to, żeby nauczyć się słyszeć, ponieważ my przeciwieństwie do gitarzystów nie mamy progów, w przeciwieństwie do pianistów nie mamy klawisza, w którym wiemy, że uderzymy i to będzie ten dźwięk. My musimy się tego nauczyć na pamięć, ale też na pamięć się nie da. Tak jak pracujemy teoretycznie nad rachunkiem sumienia, to tutaj pracujemy nad taką higieną, żeby nie zaniedbać tego, bo jest to bardzo łatwo zrobić wbrew pozorom. Jeżeli nie zaczniemy dbać o stuprocentową czystość naszego grania, to bardzo łatwo stępić sobie ucho. Po tylu latach, a ja już gram 20 lat, cały czas ćwiczenie intonacji jest moim najważniejszym punktem grania.

Intonacja to nic innego jak czyste granie.

Z moich statystyk wynika, że tego podcastu słuchają głównie muzycy, ale też słuchają go nie-muzycy albo osoby, które nie są muzykami koncertującymi i myślę, że dobrze, że o tym mówisz, bo wydaje się, że ta praca na instrumencie wygląda tak, że jak już wyćwiczysz, to już to masz.

Aczkolwiek w starożytności muzycy mieli takie założenie, że jak już dojdą do poziomu perfekcji – podobno taki istnieje – to przestawali grać. Także drodzy muzycy, jeżeli poczujecie, że już jesteście perfekcyjni, to nie grajcie [śmiech].

Pomówmy jeszcze chwilę o różnicach pomiędzy skrzypcami a altówką. Przychodzi ci coś do głowy?

Niebo a ziemia [śmiech]. Jest tych różnic sporo, przede wszystkim w barwie. Jestem zakochana w barwie altówki. Są też utrudnienia przez to, bo altówka nie była instrumentem solowym. Te całe anegdoty, żarty wynikają dosyć mocno z historii i to ma rację bytu wbrew pozorom, ponieważ altówka była przy okazji, to było takie wypełnienie harmoniczne, którego po prostu brakowało, bo pomiędzy skrzypcami a wiolonczelą była duża luka, więc stworzono altówkę. Na początku nie było de facto altowiolistów, tylko rzeczywiście w altówkach, tak zwanych trzecich skrzypcach, zasiadali skrzypkowie z ostatnich pulpitów, którzy w konkursie byli gdzieś tam najniżej. Nie wiem, czy wiecie, ale kiedyś nie było tylu prób do koncertu, niektóre symfonie Mozarta były wręcz grane a vista, były wykonywane na koncertach. Mało tego, po lepszych fragmentach klaskano jak po solówkach na koncercie jazzowym i to było duże zaskoczenie dla słuchaczy. Altowioliści byli przeważnie brani z tak zwanej łapanki, dostawali po prostu większy instrument i nie przyzwyczajeni do tych odległości, nie wiedzieli o tej higienie ucha, o tym słuchaniu uważnym, o którym przed chwilą mówiłam, nie wiedzieli, gdzie dokładnie stawiać palce. Zresztą właśnie do tego odnosi się dowcip: czym różni się palec altowiolisty od pioruna? Niczym. Żadne z nich nie trafia dwa razy w to samo miejsce [śmiech]. Tutaj ta uważność była bardzo ważna, a oni jej nie mieli. Nie było tej techniki grania pełnym włosiem, więc pojawiały się szumy i te żarty wynikają dokładnie z tego. Później Wagner postanowił jednak położyć nacisk na właściwe obliczenia matematyczne i dał instrumenty o długości 50 centymetrów. Proszę sobie przyłożyć linijkę, sprawdzić i utrzymać takie pudło. Gdy po miesiącu wszyscy altowioliści ulegli kontuzji, postanowił jednak zaprzestać takich prób. Stąd z kolei wzięły się żarty, że wchodzenie w pozycję, które łączy się z jeszcze większym wygięciem ręki, powodują kontuzje u altowiolistów. Faktycznie te żarty gdzieś mają swoje źródło.

Powiedziałaś o tym, że to jest większy instrument, a im większy instrument, tym trzeba więcej siły włożyć, żeby ten dźwięk był ładny. Ja jako kontrabasista szczególnie się o tym przekonuję, ale z altówkami jest tak samo, tak?

Tak, tu jest ten problem, że trzeba dużej kondycji. Ja sama miałam parę kontuzji ręki – wynikają one niestety z tego nieszczęsnego złamania, o którym wspomniałam na początku naszej rozmowy, ale tutaj jest ten problem, że my mamy po prostu bardzo duże wygięcie, to wygięcie jest nienaturalne i rzeczywiście granie na na strunie C kosztuje nas bardzo dużo i żeby to było piękne przyłożenie, piękny mięsisty dźwięk, a to wymaga dużej pracy fizycznej.

Czy jeszcze jakieś różnice przychodzą ci do głowy?

Z pewnością literatura. Tutaj jest taki spory problem, że właśnie altowioliści od niedawna są uważani za solistów. Zderzyłam się z tym dosyć szybko, bo na studiach dostałam nagrodę rektora, która wyglądała tak, że mogłam zagrać koncert z orkiestrą – fantastycznie – dla mnie wielkie wyróżnienie. Bardzo chciałam zagrać mój ulubiony koncert altówkowy Waltona. Byłam zaraz po licencjacie skończonym z wyróżnieniem, fantastycznie wszystko się układało, ale niestety nagroda zakładała to, że musi to być utwór, który już nie jest objęty licencją, za którą trzeba zapłacić, a przez to że utwory altówkowe powstały dużo później, to niestety pozycje, które mogłam sobie wybrać to – uwaga altowioliści – koncert Stamitza. To jest dosyć przykre, że są takie problemy związane właśnie z kupowaniem licencji, z mniejszą ilością literatury, ale też jako kontra powiem, że ta literatura jest przepiękna, to literatura często melancholijna, zmysłowa, o głębokim brzmieniu.

Tak jak brzmią altówki.

Dokładnie.

Pomyślałem o jeszcze jednej różnicy, może się z nią zgodzisz, może nie. Mam wrażenie, że altówka lepiej brzmi pizzicato, czyli szarpiąc strunę, niż skrzypce.

Na pewno na C strunie, której skrzypce nie mają [śmiech], ale zgodzę się z tobą – ciekawa uwaga. Jest taka technika grania kciukiem i szarpania tej struny dużo dalej od podstawka i skrzypkowie zbyt często jej nie używają, a szkoda, bo ona bardzo pomaga w takim wybrzmieniu. My często to stosujemy w kwartecie moim i dziewczyny doceniły taką możliwość.

Nie wspomniałaś do tej pory o tym kwartecie, powiedz coś na ten temat.

Mam swój wspaniały kwartet, bardzo serdecznie pozdrawiam Katarzynę Gluzę, Angelę Gołaszewską i Marzenę Masłowską, nazywa się Vinyl String Quartet. Nazwa powinna się kojarzyć z rodzajem muzyki, który wykonujemy. Jest to muzyka jazzowa, filmowa, troszeczkę rozrywkowa, ale takim naszym założeniem jest to, żeby nawet utwory współczesne lekko przerabiać na takie utwory jazzujące, no i w tym kwartecie również śpiewam.

Fajnie, że o tym wspomniałaś. Rozmawialiśmy o tym, że na altówce można grać również solo, co wydaje się w perspektywie dzisiejszych czasów oczywiste. Trochę powiedziałaś o roli altówki w muzyce, w orkiestrze, ale jakbyśmy mieli jeszcze do tego wrócić, jakbyś opisała rolę altówki w zespole muzycznym?

Ja się może odwołam do kwartetu, gdyż to jest najbliższa mi forma. Chciałam zauważyć, że bardzo często nie docenia się tego wypełnienia, czyli altówki i drugich skrzypiec. Wiadomo, że mamy podstawę, piękną majestatyczną wiolonczelę, szczególnie w utworach rozrywkowych, gdzie ona trzyma cały rytm, mamy skrzypce, które prowadzą melodię – pozdrawiam naszą skrzypaczkę, bo absolutnie jestem zakochana – te wysokie tony czasami mi przeszkadzają, a nam trafiła się skrzypaczka bezbłędna, do tego kompozytorka, aranżerka i jeszcze improwizująca skrzypaczka, więc naprawdę jest czego posłuchać. Ten środek gdzieś pozostaje, taki nie wiadomo po co, ale jeżeli by się go wyrzuciło, to sama melodia i podstawa rytmiczna zostaną totalnie puste, więc tak naprawdę bardzo często ja z Angelą, czyli drugimi skrzypcami, musimy często najbardziej dopracować między sobą wypełnienie rytmiczne czy harmoniczne, żeby to było na jak najlepszym poziomie, bo wtedy, może brzydko powiem, wypełnienie nie przeszkadza, ale wręcz podbija cały kunszt melodii i jej podstawy basowej.

Można powiedzieć, że altówka i partie altówkowe są takim spoiwem w muzyce.

Tak, chociaż sama śmieję się z wypełnień w walcach i nie lubię stycznia, ale jest dużym ułatwieniem w szukaniu zastępstw [śmiech].

Oliwia, porozmawiajmy trochę o trudnościach, z jakimi mierzy się altowiolista w ćwiczeniu na instrumencie, a potem w graniu i występowaniu na scenie.

Tak jak powiedziałam, jest to kwestia licencji, wyboru literatury, którą można wykonać solo. Nie ukrywajmy, że altówka wciąż nie jest uznawana za instrument solowy, więc jeżeli nie znajdzie się jakiegoś pomysłu na siebie, o którym naprawdę warto pomyśleć już na studiach, bo uwierzcie mi, życie w bańce mydlanej przez pięć lat, a później zmaganie się z brakiem pracy jest najgorszym, co można zrobić. To na studiach mamy najlepszy czas na myślenie, na kreatywność. Jeżeli dobrze się postaramy, a ja tak zrobiłam i polecam serdecznie, to jesteśmy w stanie zapracować na stypendium, więc wtedy mamy podstawową możliwość utrzymania się, wtedy jest najlepszy czas, żeby pracować, zdobyć nagrody na konkursach, które z kolei zapewniają na przykład nagrody ministra. Możemy naprawdę zainwestować w swoje życie, wymyślić jakiś pomysł, zdobyć kontakty. Nie zgadzam się z opinią niektórych profesorów, których bardzo szanuję i pozdrawiam, że nie powinniśmy brać dodatkowych prac, koncertów podczas studiów, bo to nie jest czas na chałturzenie. Nieprawda, nie zgodzę się z tym – każda lekcja, każde wyjście na scenę jest bardzo cennym doświadczeniem. Ja od pierwszego roku bardzo dużo jeździłam, pracowałam, starałam się to godzić z uczelnią, czasami faktycznie dostawałam po łapach i ktoś robił mi pod górkę, że troszeczkę wbrew opinii profesorskiej podejmuję te prace. Ja z każdego koncertu wyniosłam jakieś doświadczenie, które mi teraz się tak przydaje. Sama nieraz jestem w szoku, że koncert, który wbrew pozorom był raczej wynikiem mojej pasji, okazuje się, że był bardzo bardzo wartościowy na ten moment.

Życie w bańce mydlanej przez pięć lat, a później zmaganie się z brakiem pracy jest najgorszym, co można zrobić.

To kolekcjonowanie doświadczeń, bez znaczenia, na jakim instrumencie grasz, jest mega ważne. Trochę to nasze szkolnictwo, nie chciałbym tutaj nikogo urazić, raczej betonuje tego muzyka na pięć czy nawet dziewięć lat, jeśli łączymy to ze studiami i nagle taki człowiek wychodzi…

Wychodzi z bańki, ponieważ ktoś mu czasami insynuuje, że będzie wielkim solistą, ćwiczy tylko utwory solowe. Ja mam takie porównanie i to mnie trochę boli, i zabolało wtedy, ponieważ byłam rok w Berlinie, gdzie studiowałam na wydziale instrumentalnym altówkę rolę i byłam w wielkim szoku. Po pierwsze zasadnicza różnica jest taka, że są trzy profile do wyboru: solistyczny, orkiestrowy i kameralny. U nas jest tylko jeden profil. Po drugie: zamiast przedmiotów teoretycznych, którymi nas zarzucają i często podczas sesji zamiast skupiać się na dyplomie i na tym, co jest naprawdę ważne, my wkuwamy przedmioty, które są wkuwane, zapomniane i może kiedyś coś – tak jak mówiliśmy, każde doświadczenie jest ważne, ale nie w tym momencie.

Pojemność nasza jest ograniczona.

Dokładnie tak. W Berlinie dla porównania, już nie pamiętam dokładnej ilości punktów ECTS, które są przyznawane za instrument główny, ale zupełnie wystarczają, ponieważ jest instrument główny, kameralistyka i orkiestra, ewentualnie język, czy coś, co sobie student sam wybierze, ale nic nie jest narzucone z góry. Mało tego, najważniejsza rzecz, o której pragnę wspomnieć to studia orkiestrowe. Altowioliści powinni sami wiedzieć, że 99,9% altowiolistów trafi do orkiestry, bądź kwartetu, zespołu kameralnego. To jest coś, nad czym powinni pracować podczas studiów. Nasze studia orkiestrowe są bardzo zaniedbywane, a tam to jest najważniejszy przedmiot. Muszę powiedzieć o moim wspomnieniu – muzycy mnie zrozumieją. Kiedy przyszłam na studia orkiestrowe w Berlinie i zobaczyłam, że każdy miał swoją książkę – zbiór orkiestrówek – i proszę mi wierzyć, bądź nie, ale 15 altówek zagrało unisono Don Juana. To był dla mnie taki szok, że jednak się da, ale tam jest na to największy nacisk – tam lepiej grają orkiestrówki niż Stamitza czy Bacha, bądź porównywalnie dobrze.

Jak oceniasz poziom edukacji muzycznej w Polsce?

Jest po prostu parę reform, które warto byłoby wprowadzić. Myślę, że ten podział na profile jest złotym podziałem. Warto, żeby student się określił, żeby wiedział, którą ścieżką kroczy. Takie dłubanie w mnogości rozwiązań jest czasami zgubne, bo jeżeli ktoś nie ma jasno określonych struktur i nie wie, gdzie chce wylądować, tylko tak właściwie kocha muzykę i coś tam sobie robi, to będzie mu bardzo ciężko w tym świecie, nikt mu ręki później nie poda. To nie jest takie deprymujące stwierdzenie, ale bardziej takie motywujące, żeby jednak zadbać o własną duszę samemu.

Podobno jest tak, że nie każdy skrzypek umie grać na altówce, ale każdy altowiolista potrafi raczej grać na skrzypcach, bo zwykle tak zaczyna.

Zwykle tak zaczyna, myślę, że to z tego wynika. Nie chcę tutaj skrzypków deprecjonować, ale wymaga to trochę czasu, na pewno jakby przez jakiś czas pograli, to będą w stanie zagrać na altówce.

A gdybyś miała właśnie komuś doradzić, jak powinna wyglądać ta ścieżka edukacji, a potem kariery altówkowej, to co byś doradziła takiej osobie, która jest na początku, powiedzmy, że w szkole muzycznej.

Każdy ma swoją drogę, ale doradzam nie słuchać stereotypów, tylko swojej intuicji. Ja posłuchałam, chociaż wymagało to dwóch lat negocjacji, ale nie żałuję, musimy słuchać swojego wnętrza. Jeżeli mamy w tym momencie motywację, by grać na altówce, to ona przyniesie największe zyski, bo ja zaczęłam 5 razy więcej ćwiczyć, nie byłam w stanie odejść od instrumentu, to brzmienie stało się dla mnie motorem do pracy. To nie tak, że wydarzyła się znana historia, że na altówce jest łatwiej, więc nagle jak przeszła na altówkę, to dostała nagrodę. Ja po prostu spędzałam coraz więcej czasu w sali na samodzielnej pracy.

To brzmienie stało się dla mnie motorem do pracy.

Powiedziałaś o tym, że na altówce jest łatwiej, to może spróbujmy się już teraz rozprawić z tymi stereotypami, bo jest ich kilka. Rozmawialiśmy o żartach.

Jest pewna granica. Możemy sobie żartować i jest wszystko fajnie, sympatycznie, ale czasami ludzie naprawdę przeginają, to jest aż nieprzyjemne, bo nie mają wyczucia i czasami aż się odechciewa, jest już taki moment: słuchaj, odpuść, bo chyba zaczyna się robić niemiło.

Dodam tylko, że tak naprawdę 99,9% tych żartów można byłoby przełożyć na każdy inny instrument.

Oczywiście, że tak na akordeon na przykład [śmiech].

Na banjo, pozdrawiamy wszystkich bandżystów. To jak to jest? Czy na altówce rzeczywiście grają skrzypkowie, którym się nie udało?

Nie zgadzam się z tym. Miałam paru znajomych, którzy przeszli na altówkę, bo uważali, że dobrych altowiolistów jest mniej, więc będzie łatwiej znaleźć pracę – serdecznie ich całuję. Jeżeli im się udało takie podejście to super, bo każdy z nas ma możliwość tego wyboru. Nie wiem, czy byliby w stanie potwierdzić, że wcale ie jest łatwiej, że ten trud trzeba podjąć taki sam i nikt nikomu niczego nie zapewni, nie da, trzeba ćwiczyć tyle samo, a czasem nawet więcej, trzeba zmienić podejście. Czasami może być nawet trochę trudniej, jednak altowiolistów jest mniej, ale też mniejsza ich ilość jest potrzebna.

Kolejny stereotyp: altówka to bardzo kobiecy instrument.

Zupełnie się nie zgodzę. Niestety ze względu na warunki fizyczne, mężczyźni na altówkach grają lepiej. Mówię to z pełną świadomością.

A taki stereotyp, że altowioliści są sztywni, wpatrzeni w nuty i w tym wszystkim są tacy nieobecni.

Zdarza się. Wynika to często ze złej techniki gry, bo altówka może bardzo usztywnić, jeżeli się ją trzyma nieprawidłowo i mamy cały czas skrzywiony kręgosłup, naciągnięty bark. Ja sama miałam 2 lata temu wizytę u fizjoterapeuty z powodu kontuzji nogi. On był takim fizjoterapeutą, który chłonął wiedzę, głównie pracuje ze sportowcami, wiedział, że jestem muzykiem i poprosił mnie, żebym przyniosła instrument, żeby zobaczyć, jak to ciało się układa. Rzeczywiście dał mi bardzo cenną wskazówkę, o której już słyszałam kilkukrotnie, ale on mi to wszystko wytłumaczył, pokazał na każdym mięśniu, żeby ten instrument trzymać bardziej w lewo, co odsłania nam nuty, powoduje naturalny układ kręgosłupa również przy siedzeniu i mamy dużą swobodę grania. Nawet przy tym większym instrumencie warto zadbać o jak najbardziej ergonomiczną pozycję podczas grania, bo wtedy mamy dużo większą wydajność.

Odsyłam też do odcinka numer 6 podcastu Muzykalności, w którym rozmawiam z doktorem Piotrem Kejną, o tym jak grać, żeby nie bolało. To jeszcze jeden stereotyp: na altówce nie da się improwizować.

[Śmiech] to nie wiem skąd wzięły. To powiedział na pewno jakiś złośliwy skrzypek.

Grabisz sobie.

Da się absolutnie, tak jak na każdym instrumencie, jak można improwizować wokalnie, instrumentalnie, nie ma tam żadnych przeszkód, zasób dźwięków jest ten sam.

Szczególnie, że mamy najlepsze tego przykłady na naszym polskim gruncie – jest to Michał Zaborski z Atom String Quartet.

Kocham, jestem wielką fanką, a pierwszy raz, jak miałam okazję grać z nim w pulpicie, to był najszczęśliwszy dzień mojego życia. Zresztą mu to powiedziałam.

Jest jeszcze Tomek Kukurba z zespołu Kroke, który też improwizuje. Kiedy już jestem takim wykształconym altowiolistą po studiach, z kilkuletnim muzycznym doświadczeniem, wiadomo, że standardowa ścieżka to jest szkoła, studia, orkiestra lub jakiś mały zespół kameralny – gdzie jeszcze według ciebie i z twojego doświadczenia poza takimi standardowym scenariuszem nasz altowiolista / nasza altowiolistka może znaleźć jakieś zajęcie dla siebie? Oczywiście nie mam na myśli restauracji Pod złotymi łukami.

Słyszałam ostatnio taki żart od znajomego – jakie jest pierwsze zdanie studenta po Akademii Muzycznej? Cola, Fanta, Sprite? Jeżeli chodzi o zawód, to tych miejsc jest, wbrew pozorom, bardzo dużo. Pierwsze moje zajęcie po studiach to była Filharmonia Gorzowska i praca na pełen etat. Jest to wspaniałe miejsce i jest tam fenomenalna sala, zaplecze, wszystko się zgadza.

I bardzo ważne doświadczenie.

Chciałam je zdobyć z uwagi na brak studiów orkiestrowych na naszych wydziałach. Pamiętam, że w wieku 23, prawie 24 lat, sama czterominutowa droga do pracy, gdzie mógł mnie przejechać jedynie traktor, wydała mi się bardzo fajna, ale może jeszcze nie na ten moment i postanowiłam trochę zaryzykować. Zerwałam umowę, wyjechałam do Warszawy, mając właściwie tylko taką lekką iluzję propozycji od Jacka Kęcika, czyli reżysera Filharmonii Dowcipu. Tak naprawdę nie wiedziałam, co się wydarzy, ale czułam, że może jakoś ciężką pracą coś się uda zrobić. Miejsce znajdzie się zawsze, tylko po prostu trzeba w to wierzyć i trzeba ciężko pracować, trzeba kochać swoją pracę, bo czasami początki są bardzo trudne. Ja naprawdę nie wiedziałam, jaka będzie moja przyszłość, były miesiące, że nie miałam nic pewnego, a życie w Warszawie kosztuje. Wcale nie trzeba mieć papierka, nie trzeba mieć skończonych studiów, czasami samoucy dużo bardziej doceniają ten zawód, potrafią się z niego cieszyć i potrafią z niego czerpać, bo tutaj naprawdę trzeba być takim wariatem i kochać ten zawód, żeby przetrwać.

Jakie są jeszcze możliwości dla świeżo upieczonego altowiolisty?

W Warszawie możliwości jest bardzo dużo, ale w innych miastach też. Można przede wszystkim założyć swój zespół, swój kwartet, można zacząć komponować.

Czyli uważasz, że jest jeszcze miejsce dla kolejnego kwartetu, grającego standardy muzyki filmowej, jazzowej?

Absolutnie tak. Ważne jest to, żeby mieć pomysł, żeby znać target, żeby dobrze to wszystko poukładać, żeby nagrać dobre demo, żeby to wszystko było spójne.

Żeby być obecnym w internecie.

Tak, tylko nie można zabierać się za wszystko, bo wszystko równa się nic, tylko żeby stworzyć naprawdę ciekawy, interesujący, skoncentrowany na konkretnym stylu muzycznym profil i żeby się tego trzymać. Naprawdę możliwości jest bardzo dużo, ja sama byłam częścią paru zespołów, część z nich sama stworzyłam i naprawdę wiem, że marketing jest istotny. Bardzo ważny jest Facebook oraz Instagram, które dają sporo możliwości. Czasami to trwa troszkę więcej czasu, ale ten telefon się odzywa, zasięg reklamy jest bardzo duży.

Chyba warto powiedzieć o tym, że też trzeba być profesjonalnym, czyli dowozić to, co się obiecało.

Tak, oczywiście, to jest najważniejsze. Jestem zwolenniczką profesjonalizmu w każdej sytuacji i nieważne, czy gramy dla jednego odbiorcy, pięciuset odbiorców, czy jeszcze większej ilości. Nigdy nie wiadomo, kto nas usłyszy, trzeba zawsze dawać z siebie wszystko. Jeżeli już naprawdę wychodzimy na scenę i chcemy sobą reprezentować swoją pasję, warto jest zainwestować w to jak najwięcej.

Jeżeli wychodzimy na scenę i chcemy reprezentować swoją pasję, to warto jest zainwestować w to jak najwięcej.

Są też altowioliści, którzy podobnie jak skrzypkowie grają solo oprawy ślubów i innych uroczystości. Zacytuję tu po raz kolejny moją znajomą altowiolistką: często wiedząc, jakie są preferencje klienta na przykład w brzmieniu, mówię, że gram na skrzypcach, po czym klienci są zachwyceni brzmieniem, że takie ciepłe, głębokie i że jakoś tak ładnie nisko brzmią te moje skrzypce, potem jest mega pozytywne zdziwienie, że to altówka i że tak samo wygląda jak skrzypce, a lepiej brzmi. Co myślisz o takim podejściu?

W porządku, nie neguję, aczkolwiek łatwo rozwiać te wątpliwości, nie mówiąc, że gram na skrzypcach, tylko po prostu wysyłając pięknie przygotowane demo na altówce.

A miałaś okazję wyjechać na kontrakty zagraniczne?

Tak. Było tego trochę.

To też jest jakiś sposób.

Oczywiście. Ostatnio zdarzyło mi się wyjechać do Indii. Sytuacja była dosyć niespodziewana. Mam znajomego wiolonczelistę, który pochodzi z Armenii, z którym spotkaliśmy się kiedyś na projekcie w Mediolanie, gdzie trafiłam zupełnie przez przypadek, byłam liderem altówek, a on liderem wiolonczel.

Tak wygląda, życie altowiolisty.

Tak jest naprawdę, ja nigdy nie wiem, jaki telefon jutro zadzwoni, ale jest to bardzo miłe i właśnie to lubię w tym życiu – nieprzewidywalność. Poznaliśmy się wtedy lepiej, ponieważ mieliśmy próbę, żeby stworzyć smyczki w samym kwartecie liderów. Praktycznie jakieś przeszło pół roku temu napisał do mnie, że wykruszyła się altówka w orkiestrze, która funkcjonuje już od 10 lat w Indiach, w Mombaju, czy ja nie chcę zgłosić swojej kandydatury. Pomyślałam: czemu nie? Wysłałam jakieś demo, podkreślam, że najważniejsze, żeby mieć przygotowane filmiki, bo nigdy nie wiadomo, kiedy będą potrzebne. Wysłałam swoje zgłoszenie, CV, no i się udało. Praktycznie na cały wrzesień poleciałam do Indii. Nie będę mówić o tym doświadczeniu, bo jest to bardzo intymne i personalne, ale jeżeli chodzi o samą orkiestrę – polecam serdecznie, poziom bardzo wysoki. W ogóle świetnie jest wyjechać z kraju, przez cały miesiąc poznawać nowych ludzi, zdobywać doświadczenia, wymieniać się nimi. Wiem, że jest dużo takich projektów, ja sama w nich nie uczestniczyłam, ale jest między innymi EUJO, Santander. Polecam udział, bo podobno jest fajne doświadczenie, też w kontaktach, bo one są bardzo ważne, wbrew pozorom.

Wśród nas muzyków jest bardzo ważne, żeby móc współpracować z ludźmi, szczególnie lepszymi od nas, jeśli jest taka możliwość, bo to nas bardzo rozwija.

Zdecydowanie tak. Mój tata zawsze podkreślał, że lepiej być najgorszym wśród najlepszych niż najlepszym wśród najgorszych.

Zamykając temat możliwości dla altowiolisty czy altowiolistki, co mogą robić po skończonej edukacji i z pewnym doświadczeniem, to ty też jesteś przykładem na to, że fajnym rozwiązaniem są teatry muzyczne.

Tutaj jeszcze zagrało to, że miałam jakiekolwiek podstawy taneczne i wokalne, bo to jest dosyć ważne, ale to nie jest żaden problem, bo jest mnóstwo studiów, takich szkół autorskich w całej Polsce i można bez problemu do nich podejść z naszym wykształceniem muzycznym, które po czy w trakcie nauki na Akademii jest gruntowne. Oni przyjmują nas dużo chętniej, bo przecież śpiewamy solfeż, a z tym umiejętność czystego śpiewania idzie w parze. Wystarczy wykształcić troszeczkę ten głos, popracować ze strunami głosowymi, która to praca idzie dużo szybciej niż na skrzypcach czy altówce.

Dobrze, że wspomniałaś o śpiewaniu i o tańcu, bo chciałem cię zapytać o to, co jeszcze taki muzyk-instrumentalista, altowiolista, według ciebie powinien robić, żeby się rozwijać? Czy to jest raczej pójście w jeszcze lepszą, bardziej dopracowana technikę, czy raczej szukanie tych innych muzycznych albo pozamuzycznych obszarów?

Co ciekawe, muszę przyznać szczerze, że mnie bardzo rozwinęła – pod kątem szukania innych możliwości – Filharmonia Dowcipu, ponieważ była moim pierwszym zderzeniem z taką dużą sceną, na której zagrałam solo fragment Ojca Chrzestnego. Całe studia, konkursy, wychodziłam, grałam solo, a nagle to zderzyłam się z tym, że nie muszę być perfekcjonistka, przychodzę sprawić ludziom przyjemność, przekazać coś fajnego i to zaczęło zmieniać moje myślenie i mnie otworzyło w pewien sposób. Później doszedł ten taniec, a że cenię sobie profesjonalizm, to zaczęłam jeszcze bardziej te umiejętności szkolić. Uważam, że jeżeli ktoś czuje, że chciałby wyrazić się nie tylko poprzez altówkę, to na przykład umiejętność śpiewania bardzo pogłębia kształtowanie frazy, bo nasza wyobraźnia brnie dalej, zatacza coraz większe kręgi. Moi nauczyciele zawsze mówili mi: „wyobraź sobie, jak byś te frazy zaśpiewał”, ale to nie jest to samo, jak rzeczywiście musisz zderzyć się z tym, żeby w dobrym miejscu postawić oddech, żeby sobie to wyobrazić, żeby zbudować całe napięcie emocjonalne i później przełożenie tego na instrument jest dużo łatwiejsze, niż było wcześniej. Więc polecam wszystkim lekcje wokalne, nawet parę dla siebie, żeby się doszkolić, popracować z przeponą. Taniec to jest rewelacja i dla ducha, i dla ciała. Muzycy powinni mieć dobre poczucie rytmu, więc zawsze jest im trochę łatwiej.

Czyli raczej jesteś za tą opcją, żeby pójść trochę szerzej?

Ja zawsze jestem za poszerzaniem horyzontów, bo one właściwie pomagają w każdej dziedzinie życia i sprawiają, że coś okazuje się bardziej barwne

Oliwia, trochę się dzieje wokół tego, co robisz muzycznie i tak sobie myślę, co dla ciebie jest sukcesem w być muzykiem?

Sukcesem w byciu muzykiem jest wchodzenie na scenę, przeżywanie tego z ludźmi, uśmiech, czasem łza w oku widza i największym chyba sukcesem jest to, jeżeli ja próbuję coś przekazać i przychodzi odbiorca po koncercie i mówi, że właśnie to trafiło, właśnie wtedy zrozumiał, poczuł, że coś się wydarzyło w jego sercu i być może poprowadziło do jakiejś autorefleksji, która następuje w późniejszym czasie. Myślę, że jeżeli ten przekaz trafia i znajduje się odbiorca, to jest dla mnie najcenniejsze.

Myślałem, że powiesz, że szóste zero na koncie.

[Śmiech] Nie, to jest przyjemny dodatek, jeżeli się zdarzy. Ja absolutnie wychodzę z tego założenia, że jeżeli coś się robi z miłością i pasją, to nagroda za to przychodzi sama.

Jeżeli coś się robi z miłością i pasją, to nagroda za to przychodzi sama.

To skoro jeszcze mówimy o tej pasji, to czym dla ciebie jest muzyka?

Muzyka jest dla mnie całym moim życiem i jest integralną częścią mnie, nie potrafiłabym bez niej żyć. Nie chodzi o to, że słucham jej non stop, bo bardzo lubię ciszę i odpoczynek po na przykład całym tygodniu pracy i wykonywania mojego zawodu. Nie wiem, czy mogę powiedzieć, że wyssałam ją z mlekiem matki, ale na pewno już w brzuchu jej słuchałam. Jeździłam po scenach od wczesnej młodości, bo mama mnie zaczęła brać, żebym śpiewała na scenie, ale nie wyobrażam sobie życia bez niej.

Zbliżając się do końca, gdyby ktoś chciał ciebie znaleźć w sieci, zapoznać się z tym, co robisz, to gdzie może cię znaleźć w sieci?

Swojego kanału na YouTube jeszcze nie posiadam, ale wiem, że dużo filmików tam jest, natomiast mam swoją stronę www.altoholiczka.pl – bardzo proszę nie mylić literki „t” z „k”, jak to moja babcia zwykła robić [śmiech]. Ta nazwa pochodzi od altówki i pracoholiczki, chociaż oczywiście to tak prześmiewczo. Mam również fanpage na Facebooku i tam właściwie są najświeższe informacje – wrzucam terminy koncertów – gdzie, kiedy, co się wydarzyło, co się dzieje. Zapraszam oczywiście do Leszna, do Romy, do śledzenia Filharmonii Dowcipu.

Mówimy o tym w 2020 roku – gdyby ktoś słuchał tego na przykład w 2100 [śmiech].

Oliwia, mam nadzieję, że wspólnie udało się nam trochę zdementować stereotypy narosłe wokół altowiolistów, ale liczę też na to, że zainspirowaliśmy kogoś, kto widzi dla siebie tylko taką standardową drogę, do tego, by wyszedł trochę szerzej poza schemat, który jest albo mu serwowany, albo sam sobie go zaserwował. Także liczę na to, że ta rozmowa będzie dla kogoś wartościowa. Jeszcze raz bardzo ci dziękuję za rozmowę.

Bardzo dziękuję, bardzo mi było miło.

Jak mogłeś usłyszeć w naszej rozmowie, Oliwia Kędziora pomimo różnych przeciwności z powodzeniem i zdrowym dystansem do stereotypów bierze udział kolejnych ciekawych projektach.

Nie jest to proste, kiedy z „automatu” Twój instrument i Ty razem z nim stajecie się obiektem żartów.

Jestem bardzo ciekaw, jak Ty radzisz sobie ze stereotypami dotyczącymi instrumentu, na którym grasz.

Podziel się swoim doświadczeniem w komentarzu na profilu Muzykalności na Facebooku, Instagramie lub na stronie muzykalnosci.pl/22.
Możesz też napisać do mnie na adres [email protected]

Czas na obiecane rozstrzygnięcie konkursu z odcinka dwudziestego, w którym rozmawialiśmy z Miłoszem Brzezińskim o motywacji artystycznej.

Pytanie było następujące: Czym dla Ciebie jest muzyka?
Wśród odpowiedzi pojawiły się głównie Wasze opisy bardzo osobistej relacji z muzyką, choć nie zabrakło też konkretnych i wręcz technicznych definicji.
Zgłaszaliście też, że formularz na stronie nie pozwala dodać bardziej obszernego opisu.
Trochę o to chodziło, żeby w miarę spójnie w kilku zdaniach opisać swoją odpowiedź – to jest dodatkowa trudność.
Ale znaleźli się i tacy, którzy obeszli system zamieszczając dłuższe odpowiedzi, a w formularzu podając tylko link.
Przyjmijcie moje uznanie za kreatywność 🙏🏻

Ostatecznie wspólnie z Miłoszem podjęliśmy decyzję, że dwie książki z dedykacją wędrują do: Jana i Dawida.

Serdecznie gratulujemy!

Na zakończenie dodam jeszcze, że jeśli chcesz, żeby ten podcast istniał nadal, to proszę zrób dwie proste rzeczy: zasubskrybuj go w aplikacji, w której go słuchasz i podeślij link swoim znajomym, których mogą zainteresować treści, które tu publikuję.

Ja nazywam się Tomek Glinka, dzięki, że ze mną byłeś.
Do usłyszenia w kolejnym odcinku podcastu Muzykalności.

Share This